Tajlandia. 15 dni, 9 lotów, najpiękniejszy hotel i tysiąc wspomnień



Nasza podróż do Tajlandii ze znajomymi, jako pomysł, rodziła się w naszych głowach nie tyle systematycznie, co w dość raczej chaotycznych i niezgrabnych, można by powiedzieć, przypływach chęci do zacieśniania relacji towarzyskich (tak jak to zwykle odbywa się na imprezach).


No więc tak to było, że każdy niby chciał, że Tajlandia, i że razem i, że w ogóle, ale w sumie chyba nikt do końca nie brał sprawy na 100 procent, bo przecież trzeba to wszystko zorganizować, a nikomu w codziennym kołchozie nie było już do tego tak po drodze.


I tak dni mijały, gdy pewnego jednak czerwcowego popołudnia dostajemy SMS: „Loty do Bangkoku po 1400, taniej nie będzie, bierzemy”. No i tak, 5 min później mieliśmy już bilety.

Loty były ukraińskich linii lotniczych UIA z przesiadką w Kijowie - (tu szybki rzut okiem na opinie o przewoźniku, u którego w samolotach ponoć „tylko kur brakowało”, no ale dobra tam, jazda). Tak więc o to, mieliśmy loty, zabukowanych 15 dni urlopu i w perspektywie wielki fun planowania!

Jako, że zazwyczaj jestem TĄ, która ogarnia wszelkie noclegi i atrakcje, (bo nikt inny jakoś nie pała do tego specjalną miłością, A JA TAK) zatem, mając wizję szukania pomiędzy tysiącami tajskich miejsc do odwiedzenia, ostro wzięłam się do roboty. (Powierzając mi szukanie pobytów masz zagwarantowane najlepsze miejsce. Otóż, mam swojego rodzaju manię, która zmusza mnie do sprawdzenia wszystkich stron np. na Booking'u. Jeżeli wyniki wyszukiwania pokażą 50 stron dostępnych miejsc, spędzę przed kompem cały dzień, pod koniec już z lekkimi drgawkami i oczami na zapałkach, ale przebrnę przez wszystkie 50, nie ma siły).

Tutaj odwiedziliśmy najpiękniejszy hotel w życiu.


I tak nasze mrzonki o wspólnym wyjeździe wszech czasów właśnie zaczynały się realizować.


Plan wyszedł dość intensywny. Jeżeli jesteście z tych, co lubią się raczej nie spieszyć i w spokoju i chilloucie błogo przeżywać cenne chwile wakacji, nie polecam poniższego planu.

Jeżeli jednak wolicie porzucić sielankę i lenistwo na rzecz ultra-przygody i latania z wywalonym jęzorem z 20kg plecakonem po lotniskach gubiąc laczki, żeby zdążyć (albo i nie) na kolejny samolot - to jak najbardziej rekomenduję.


Plan podróży po Tajlandii był taki:


Warszawa-Kijów-Bangkok + Ayyuthaya – Kambodża i Angkor Wat – Bangkok – Chiang Mai – Bangkok – Koh Samui – Koh Phangan - Krabi- Bangkok-Kijów-Warszawa

2 tygodnie, 9 lotów, ultranapięty program i szał, że się dzieje.


To miała być moja pierwsza daleka podróż bez biura i walizki na kółkach jako wybór wygodnickiego dorosłego człowieka (dorosłego, bo jako 17-latka poleciałam do Australii, którą do tej pory uważam za najlepszy kraj do życia) i diametralnie zmieniła moje podejście do podróżowania, mimo że zwiedziłam do tej pory trochę świata. Nadała mu zupełnie inny i głębszy wymiar.

Od tej pory chciałam tylko coraz więcej, bardziej i mocniej doświadczać świata.

Nie da się chyba zacząć podróżować tak w pełni świadomie i czerpiąc pełnymi garściami bez zaliczenia takiego rzutu na głęboką wodę jakim jest zwiedzanie z plecakiem totalnie nieznanego miejsca.

Tajlandia to Kraina Uśmiechu i można tego dosłownie doświadczyć na kilka sposobów. Tajowie są wychillowani, żyją swobodnie swoją codziennością, z luźną gumą i pozytywnym podejściem do życia mimo, że wielu z nich brakuje dużo do życia w luksusach (jestem bardzo bliska przekonania, że to właśnie dlatego).

Tajowie ujmują dobrocią i serdecznością. Gdy jechaliśmy z Chiang Mai do wodospadów Sticky Waterfalls, skuter odmówił nam posłuszeństwa i pośrodku niczego pchaliśmy go po jezdni. Zatrzymywało się prawie każde mijające nas auto oferując pomoc. Ostatecznie zjawił się policjant, który znał pobliski „warsztat” do którego nas pokierował, jednak był zwykłą osobówką i tyle tylko mógł pomóc. Po nim zjawił się pickup z kilkoma miejscowymi, którzy od razu zaoferowali podwózkę. Dogadaliśmy się translatorem, załadowaliśmy skuter na pakę i podwieźli nas do warsztatu, który był po prostu szałasem gdzie mieszkała spora rodzina, był jakiś niby sklep i taj, który chyba hobbistycznie naprawiał auta, bo w kilku kartonach miał używane żarówki, kable i inne części samochodowe (a może to po prostu miejscowy mechanik).

Ani on ani mili właściciele pick up’a nie chcieli żadnych pieniędzy.


Tajlandię zwiedzaliśmy ultraintensywnie i chyba dzięki tej ilości emocji umiem odtworzyć wiele, nawet najbardziej zwykłych chwil.


Każdy poznany locals, pośpiech, łapanie taksówek, samolotów, ciągłe zdziwienia, zachwyty, adrenalina, jedzenie czegoś co nie wiesz czym jest - TO - jest kwintesencja podróży.


  • Instagram - Czarny Krąg

© 2019 by Szczęśliwa w podróży